Boliwia: Pół roku za nami!

Minęło już sześć miesięcy od naszego przylotu do Boliwii. Wydaje się, że oprócz kilku nowych twarzy w naszym Centrum, nic się nie zmieniło przez ten czas. Ten sam pokój, ta sama współwolontariuszka i nawet pora roku wydaje się nie zmieniać, kiedy cały czas temperatura utrzymuje się powyżej 20 stopni Celsjusza.

Minęło już sześć miesięcy od naszego przylotu do Boliwii. Wydaje się, że oprócz kilku nowych twarzy w naszym Centrum, nic się nie zmieniło przez ten czas. Ten sam pokój, ta sama współwolontariuszka i nawet pora roku wydaje się nie zmieniać, kiedy cały czas temperatura utrzymuje się powyżej 20 stopni Celsjusza. Jednak coś się zmieniło – moje postrzegania świata tutaj.

Co Boliwię różni od naszej Polski? – WSZYSTKO! Bardzo dobrze pamiętam moją pierwszą pobudkę w Cochabambie. Byłam bardzo zmęczona po ponad 20-godzinnej podróży, jednak obudził mnie donośny krzyk, o barwie „nosowej”, dochodzący z zewnątrz: NARANJAS, MANZANAS, NARANJAAAS…! (czyli pomarańcze, jabłka, pomarańczeee). Oznajmiało to nadjeżdżającą ciężarówkę z owocami. Tu sprzedawcy mają tendencję do przeciągania końcówek reklamowanego produktu, co wcale nie wydawało mi się zachęcające. Zaraz po tym, kolejne dźwięki. Tym razem melodia słynnego „Hallelujah” ze Shreka i ku mojemu zdziwieniu – nadjeżdżająca śmieciara. W Boliwii 3 dni w tygodniu, przez osiedle przejeżdża ciężarówka ze śmieciami, którą poprzedza muzyka, aby mieszkańcy usłyszeli, mogli wyjść na ulicę ze swoimi workami na śmieci i szybko wrzucić do przejeżdżającej śmieciarki.

Pamiętam też nasze pierwsze wyjście z domu, po tym jak Siostra opowiedziała nam historie ile razy i w jaki sposób przytrafiła jej się kradzież telefonu. Wychodziłyśmy z minimalną kwotą pieniędzy, zawsze z gazem pieprzowym pod ręką i zawsze w taki sposób, aby jak najszybciej przebyć dany dystans do autobusu i mieć jak najmniejszy kontakt z przechodzącymi ludźmi. Bardzo ciężko się było przyzwyczaić do nieustannie wpatrzonych oczu w nasze białe twarze, dźwięku klaksonu co drugiej taxówki lub po prostu gwizdania na nasz widok.  Kiedy doszłyśmy do najbliższej krzyżówki, okazało się, że w Boliwii nie ma przystanków. Gdy nadjeżdża duży kolorowy bus: mikro, należy zamachać ręką i dokładnie w miejscu w którym się stoi, zatrzymuje się kierowca, niezależnie od tego czy jest to zaraz za krzyżówką, czy na środku ulicy. Przy wejściu płaci się 2 boliwiany, czyli niecałe 1zł i można jechać do końca trasy autobusu, albo wysiąść 20 metrów dalej. W środku zawsze niezbędna jest muzyka boliwijska, typu: reggeton, latino, albo bardziej tradycyjna cueca. Przy wysiadaniu z busa, wystarczy zawołać: wysiadam, a kierowca zatrzyma się w dowolnym miejscu.

Nasze pierwsze zderzenie z centrum Cochabamby jednym słowem mogę opisać, jako istny chaos! Na każdym rogu dźwięk klaksonu, bo tym się tu zastępuje kierunkowskazy. Po drodze mnóstwo metalowych wózeczków z jedzeniem, począwszy od popcornu, przez salchichas (kiełbaski), po arbuzy sprzedawane po kawałku i pakowane do woreczków foliowych. Można też śmiało dostać świeżo wyciskany na własnych oczach sok z pomarańczy – za jedyne 4 boliwiany (2zł), zawsze z dolewką. Na każdym rogu stoi też pani cholita, z dwoma długimi warkoczami, w typowym ludowym stroju; kolorową, falbaniastą spódnicą, koronkową bluzeczką i kapeluszem na głowie. Przed nią na chodniku leży aguayo (kolorowa, boliwijska chusta), a na nim awokado – 1.50 boliwiana za sztukę.  Jak widać tu nie trzeba mieć ani pozwolenia na sprzedaż na ulicy, ani specjalnego stoiska.

W Boliwii nawet Msza Święta jest inna i nie mówię tu tylko o innym języku, w jakim sprawowana jest Eucharystia. Cały lud podczas odpowiadania kapłanowi używa także rąk, gestykulując podczas słów; m.in. „i z Duchem Twoim…”. Prawie wszystkim częściom stałym towarzyszy też klaskanie, a podstawowym instrumentem w kościele jest gitara i bęben. Bardzo ważnym elementem jest tutaj przekazanie sobie znaku pokoju. W tym geście widać ogromną otwartość i serdeczność Boliwijczyków. Nie ograniczają się oni do skrętu w prawo i w lewo, ale zawsze wychodzą z ławki, żeby podać rękę jak największej ilości osób. Często też osobom stojącym najbliżej przekazują pocałunek w policzek na znak pokoju. Natomiast na końcu Eucharystii, po błogosławieństwie, cały lud gromadzi się przed ołtarzem, żeby zostać pobłogosławionym wodą święconą przez kapłana. Często też ludzie przychodzą ze sporymi figurkami świętych, których uroczystość obchodzona jest danego dnia. W okresie świąt Bożego Narodzenia, przynoszono małe Dzieciątka Jezus w żłóbku lub po prostu w kartonowym pudełku.

Można też tu zobaczyć na wielką skalę pomieszanie katolicyzmu z ludowymi wierzeniami. Na przykład: mimo poświęcenia przez kapłana figurki małego Dzieciątka Jezus, po wyjściu z kościoła należy stanąć w kolejce do kobiety, która dodatkowo okadza, obsypuje kwiatami i obdzwania figurkę dzwonkiem. Zawsze też należy oddać ofiarę pachamamie – matce ziemi. Często widzę jak ludzie po wyjściu ze sklepu z zakupionym alkoholem, przed spożyciem najpierw wylewają odrobinę napoju na ziemię – dla pachamamy, a dopiero potem sami mogą się napić.

Niesamowite jest to jak bardzo silne są te wierzenia i jak pomimo czasu Boliwia nadal pozostaje krajem misyjnym. Bardzo ciężko mi było przyzwyczaić się do tego hałasu na ulicach, tych głośnych piosenek na Mszy, które nawet w 1% nie mieściły się w ramach zasad muzyki liturgicznej. Tak ciężko było mi patrzeć bez osądzania, jak ludzie nie klękają podczas przemienienia na Mszy Świętej, albo jak powtarzają razem z kapłanem słowa, które powinny należeć tylko do księdza sprawującego Najświętszą Ofiarę. Zastanawiałam się, dlaczego księża pozwalają na to, dlaczego nie uświadamiają ludzi, że jeśli są ochrzczeni nie powinni wierzyć, że szczęście przyniesie im składanie ofiar pachamamie. Jednak chrześcijaństwo w Boliwii trwa zaledwie 500 lat, czyli połowę krócej niż w Polsce! Skąd też ludzie mają mieć świadomość tego co się dzieje na Mszy, jeśli do większości wiosek ksiądz dojeżdża nie więcej niż 2 razy w roku! Uświadomiłam sobie też, że cała wiedza, którą posiadamy, bez miłości nie ma w ogóle znaczenia. Jak mówi św. Paweł: „wiedza wbija w pychę, miłość zaś buduje.” Przecież Pan Bóg wcale się nie obraża, gdy ktoś nie wypełni wszystkich obowiązkowych gestów, zapisanych w katechizmie. On przecież cieszy się z obecności każdego, kto do Niego przychodzi.

Myślę, że misje bardzo uczą tolerancji, a przede wszystkim miłości do ludzi, którzy w inny sposób podchodzą do życia i inaczej przeżywają swoją wiarę. Jestem ciekawa jakie doświadczenia przyniesie kolejne pół roku…