Wolontariusz popowrotowy: Bogactwo wspólnoty, czyli spotkanie miesięczne wolontariuszy

Wróciłam do domu. Dopiero w pociągu poczułam senność i zmęczenie. Było warto! W dniach 18-20 stycznia odbyło się ogólnopolskie spotkanie Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego „Młodzi Światu”. Każdego miesiąca takie spotkanie organizowane jest przez kolejne osoby, które w tym roku wróciły z misji. W styczniu ta zaszczytna funkcja…

Wróciłam do domu. Dopiero w pociągu poczułam senność i zmęczenie. Było warto!

W dniach 18-20 stycznia odbyło się ogólnopolskie spotkanie Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego „Młodzi Światu”. Każdego miesiąca takie spotkanie organizowane jest przez kolejne osoby, które w tym roku wróciły z misji. W styczniu ta zaszczytna funkcja przypadła Arletce i mi.

Ja nie jestem typem organizatora, nie lubię kierować ludźmi, przydzielać im zadania i pilnować by wszystko było ok. Dużo bardziej wolę mieć jedno, małe, konkretne zadanie i robić je całym sercem. Ale okazuje się, że… dla Boga nie ma nic niemożliwego! A przecież On wezwał mnie do bycia koordynatorem. I dzięki temu, że podjęłam wyzwanie – powstało nasze spotkanie. A w roli koordynatorki przeszłam drogę od zera do bohatera 😊

Najpierw były przygotowania: rozmowy – z Arletą, z ks. Krzysztofem – koordynatorem wolontariuszy, z ks. Janem – naszym prezesem, mail do brata o radę i pytania do Taty („Boże, co Ty chcesz w czasie tego zjazdu? Jak stworzyć dobre warunki do działania Twojego Ducha?”). Wszystko zaczęło wirować, głowa była przepełniona pomysłami, zapisywałam kartka po kartce, tworzyłam kolejne listy rzeczy do zrobienia, potem były momenty konkretnego działania, następnie odkreślanie… Pomysły realne i mniej realne… A przy tym wszystkim studia i kolejne zaliczenia i egzaminy.

I przyszedł wtorek, czekaliśmy na zajęcia, kiedy zadzwonił ksiądz. Obgadywaliśmy wstępny plan, ludzie już chyba na mnie trochę dziwnie patrzyli, bo podczas tej półgodzinnej rozmowy – siedziałam na ziemi i z zacięciem notowałam. No i to… był trudny moment. Bo okazało się, że trzeba to wszystko, no właściwie prawie wszystko, jakoś pozmieniać, aby było dobrze. Po egzaminie wszyscy poszli do domu, a ja w okolice biblioteki… I tak spędziłam kolejną przerwę pomiędzy zajęciami – patrząc na plan, myśląc o Panu Jezusie i czytając maila od brata, który przyszedł w idealnym momencie – no właśnie, bo Pan nigdy nas nie zostawia. I udało się. I przyszedł wielki uśmiech.

To co cudowne, że prosząc ludzi o pomoc i zaangażowanie – tak wiele było odpowiedzi, że tak, że pewnie, że nie ma sprawy. To są prawdziwi wolontariusze – chcą, mają otwarte serca i ręce! I ja tak bardzo mocno tego doświadczyłam – misja to dzieło wielu – to nasze spotkanie było dziełem wielu – to dzieło całej naszej wspólnoty! Mam tylko jedno słowo dla każdego z osobna – DZIĘKUJĘ i do tego promienny uśmiech – każda osoba na tym zjeździe jest dla mnie jak kwiatuszek – piękna, cenna, ważna… A dzięki tym różnorodnym kwiatuszkom stworzyliśmy wspólnie piękny bukiet, piękne dzieło zasadzone i wzrastające w Bożej glebie.

Tematem przewodnim była modlitwa. Założyliśmy, że dużo lepiej niż słuchać mądrych wykładów i konferencji o modlitwie będziemy ją poznawać od środka, czyli po prostu będziemy się modlić.

Wyjątkowym dniem był dla mnie piątek – zaczęliśmy od spotkania z Mamą – koronką do Siedmiu Boleści Mamy Bożej… Po kolacji i krótkiej integracji, wyruszyliśmy ze Zmartwychwstałym, z Paschałem, pochodniami i świeczkami na Drogę Światła. To przepiękne i mało znane nabożeństwo (szkoda!), a wymyślili je salezjanie! Osobiście brałam w nim udział pierwszy raz w życiu i bardzo bym chciała to powtórzyć, by zbliżać się do Jezusa Zmartwychwstałego, by patrzeć jak On po swojej śmierci spotykał się z przeróżnymi osobami, by rozpoznawać jak On chce się spotykać ze mną dzisiaj. Cały wieczór stanowił przedłużenie tej radości zmartwychwstania.

Sobota była od rana bardzo intensywna. Rozpoczęliśmy modlitwą serca – Eucharystią. Podczas liturgii Słowa doświadczyliśmy tego, że Jezus chce być z grzesznikami, że chce działać przez nas, przeze mnie grzeszną i małą, że niezależnie od tego jak się czuje moja dusza, On będzie działał w tym dniu dzieła pełne mocy – dla wolontariuszy. No właśnie, bo to On ogarniał to spotkanie, a nie ja! I tu też doświadczyłam dużego wsparcia ze strony księży oraz kleryków – od tej strony duchowej się nami tak dobrze zaopiekowali… I zachwycił mnie zespół muzyczny, który od początku do końca troszczył się o możliwie najpiękniejsze przeżycie tego wyjątkowego spotkania z Jezusem.

Później dla równowagi przydał się pokarm dla ciała, czyli śniadanie (tu i przy każdym posiłku ukłony dla Arletki), które okazało się modlitwą ucha i słuchania siebie nawzajem, poznawania się. Nie ma nigdy czasu do stracenia, to piękne, że każdy moment naszego życia może być modlitwą, każdy moment może być najszczęśliwszą chwilą…

A potem to dopiero się działo! Były:

– modlitwa oczu – czyli przypatrzenie się i zainspirowanie gościem specjalnym, czyli Helenką Kmieć;

– modlitwa kreatywności – kiedy poznając ks. Bosko i jego sny, mogliśmy wymyślić, jak przekazywać jego życiowe wskazówki innym ludziom. Mieliśmy wielką burzę mózgów, dzięki której stworzyliśmy plan warsztatów;

– modlitwa nosa – bo przybyły do nas pachnące przysmaki prosto z Boliwii, które uradowały również nasze podniebienia;

– modlitwa praktyczna – czyli praca, porządki, sprzątanie i takie tam – tak, codziennością też możemy chwalić Pana;

– modlitwa rąk – czyli chwila na stworzenie przepięknych kartek z lamami – nie wiedziałam, że mamy takich artystów wśród nas!

I w taki sposób minęła większa część dnia do obiadu. Myślałam, że organizatorzy to zazwyczaj tak nie do końca przeżywają ten czas, bo ciągle są w napięciu, cały czas nad wszystkim muszą czuwać. Ale wcale nie! Coraz bardziej poznaję i pokochuję każdego z naszej wspólnoty. I to było niesamowite, że to właśnie wolontariusze zgodzili się być odpowiedzialni za kolejne punkty programu – i widzę, że to wiele bardziej cenne, niż gdyby jedna osoba ogarniała wszystko sama. Bo ilu ludzi, tyle talentów, darów Ducha Świętego! Dzięki temu wspaniale się uzupełniamy! Miłość działa wielkie cuda, a wiem, że była ona – że jest! – pomiędzy nami…

No tak, nie odbyło się bez trudności, ale za to też jestem wdzięczna. Był moment kiedy Pan pokazał mi znowu, że bardzo chce działać przez grzeszników, że mogę być Jego narzędziem, pomimo, że wielu rzeczy się boję i wielu rzeczy nie ogarniam. Ale On pragnie. PRAGNIE! A potem powiedziałyśmy z Arletką kilka słów o naszej Boliwii, następnie doświadczyliśmy modlitwy tańcem, zjedliśmy kolację i… to był dopiero początek przepięknego wieczoru.

Wieczoru z Najlepszym. Rozważanie Jego Słowa oraz Adoracja – to taki układ przewodzący w sercu – dzięki niemu nasze serce może przyspieszać i zwalniać, może czuć, przeżywać, ale ostatecznie unormować swój rytm – i tak właśnie napromieniując się Jezusem możemy wyjść z takim unormowanym pokojem serca. A przy tym każdy mógł skorzystać z sakramentu pojednania, który przy Eucharystii jest jednym z największych cudów świata… I świadectwa – świadectwa, które umacniają, które pokazują, że Pan jest i działa w życiu każdego z nas, tylko trzeba Go dostrzec.  A później noc… Noc ciszy pomiędzy sobą nawzajem, ale noc bycia nadal z Jezusem… Z Jezusem w naszym sercu i z Jego Słowem w naszym umyśle…

Bardzo jestem wdzięczna klerykom za duchowe prowadzenie podczas nabożeństwa. Za stworzenie czasu i miejsca, kiedy Pan działał tak namacalnie… Kiedy mogliśmy Go słuchać, czuć i dotykać…

Zwieńczeniem była niedziela, dzień dla Pana! Była to również okazja do przyjrzenia się, jak dary Ducha Świętego, które każdy z nas posiada i które odkrywaliśmy poprzedniego wieczoru, możemy konkretnie wykorzystać i rozwijać w SWM. Gdy się nimi dzielimy, to one się mnożą – dlatego też poznaliśmy bliżej projekty, akcje, zbiórki i inicjatywy, którymi żyje nasza wspólnota, które są i stają się naszym udziałem, a za którymi stoi zawsze Pan i Jego chwała.

Modliliśmy się wszystkimi częściami ciała i zobrazowaliśmy to przez przyklejenie na kartkę szkiców tych rąk, nóg, uszu, głowy itd. Wyszło to wszystko nieskładnie – ręka z jednej strony, noga gdzieś z drugiej, oko osobno, ucho gdzieś indziej… No właśnie… dlatego zakończyliśmy nasz zjazd modlitwą z Mamą – bo Ona zatroszczy się najlepiej, aby te wszystkie nasze modlitwy, pomysły i dzieła nabrały kształtu, nabrały ducha i stały się miłe Bogu. Mama to Mama!

Zapraszamy już za miesiąc na kolejne spotkanie w dniach 15-17 lutego 2019 r. w Krakowie. Wierzę, że Pan przygotowuje dla nas wspaniałe rzeczy, szkoda by było, aby się zmarnowały! Przyjdź i bierz!

„Pan nic nie daje, On tylko otwiera, każdy ma tyle, ile zeń zabiera”.